rozwiń menu główne

17.08.2018

Saturnina Malmowa - cicha bohaterka

Saturnina Malm (1907-1982) jest „cichą” bohaterką nierozerwalnie związaną z okupacyjnym Lublinem. Postać niezwykle interesująca, wielowymiarowa i bardzo barwna. Kobieta o wielkiej odwadze i wewnętrznej sile, podążająca uparcie do celu.

Celem tym było dla niej organizowanie pomocy dla więźniów Majdanka, jednego z najcięższych niemieckich obozów koncentracyjnych (niem. KL Lublin), zlokalizowanego na obrzeżach Lublina. Osadzeni byli praktycznie odcięci od świata zewnętrznego, szczególnie w początkowym okresie funkcjonowania obozu. Nawiązanie kontaktu z nimi było zatem misją tyleż trudną, co niebezpieczną. Należy w tym miejscu podkreślić, że w owym czasie dostępu do KL Lublin nie miały jeszcze organizacje charytatywne takie jak Polski Czerwony Krzyż i Rada Główna Opiekuńcza, którym zezwolono na organizowanie pomocy dla uwięzionych dopiero od wiosny 1943 r.

Kontakt z obozem na Majdanku udało się Saturninie Malm nawiązać już w styczniu 1942 r. Stało się to na prośbę Heleny Pawłowskiej, której mąż dr Roman Pawłowski został przeniesiony do KL Lublin z obozu koncentracyjnego w Dachau w grudniu 1941 r. W tym czasie przywożono na Majdanek więźniów-lekarzy z innych obozów po to, by zajęli się tutaj pracą sanitarną.

Pierwszą próbę zbliżenia się do obozu panie przeprowadziły wspólnie. Saturnina tak opisuje to doświadczenie:

„Pomimo strachu i grożącego mi niebezpieczeństwa, o którym jeszcze wówczas nie miałam pojęcia, zgodziłam się pójść pod obóz dla zorientowania się w możliwości nawiązania łączności z więźniami. Po kilkudniowym błądzeniu wokół obozu najeżonego ze wszystkich stron drutami kolczastymi, wobec wymyślań i gróźb wartowników straciłyśmy nadzieję nawiązania kontaktu. Po wyjeździe pani Pawłowskiej nie zaprzestałam starań i nadal szukałam możliwości kontaktu.”

Pewnego razu zwróciła uwagę na mały parterowy domek, z którego często wychodzili niemieccy żołnierze z paczkami pod pachą. Po rozmowie z kilkoma mieszkańcami sąsiednich zabudowań dowiedziała się, że w domku tym mieszka niejaka Helena Poleszak, która pierze bieliznę dla esesmanów. Saturnina postanowiła z nią pomówić. Szybko okazało się, że pani Poleszakowa jest gotowa pomóc w przekazaniu wiadomości dla dr. Pawłowskiego. Wkrótce dotarła do niego pierwsza karteczka z grypsem. Po kilku dniach nadeszła odpowiedź z instrukcją postępowania, adresat miał bowiem świadomość tego, jak niebezpiecznej misji podjęła się nieznajoma nadawczyni wiadomości.

Pisał:

„Na przyszłość proszę w kartkach nie wymieniać żadnych nazwisk, czy zdaje sobie Pani sprawę, że wsypa to krematorium dla wielu osób od razu. Prosiłbym o maskowanie wyraźnych tematów, bo nie można tego robić i mówić otwarcie. Zalecam wielką ostrożność między swymi. Życie tu niezbyt wysoko jest cenione, jeden kij i gotowe. Proszę wszystkie kartki niszczyć, by ślad nie został.”

Od tej chwili Helena Poleszak wykorzystywała każdą okazję, by podać doktorowi kartkę lub paczuszkę od Saturniny. Wkrótce wiadomości zaczęły trafiać także do innych więźniów, w szczególności tych, którzy pracowali wraz z dr. Pawłowskim. W gronie tym znaleźli się m.in. dr Romuald Sztaba, dr Ryszard Hanusz, dr Jan Nowak, Józef Brzostowski, Jerzy Bargielski. Łączność z więźniami pomagał utrzymywać pani Poleszakowej pewien niemiecki ogrodnik.

Kontakty te miały dla osadzonych wielkie znaczenie. Dowodzi tego gryps dr. Romana Pawłowskiego wysłany do Saturniny Malm w marcu 1942 r., w którym autor pisze:

„Bardzo, bardzo dziękuję za przesłane listy. To jak powiew zapachu od swoich najbliższych, to daje nowy zryw i chęć życia, która coraz to słabsza […]”.

W drugiej połowie 1942 r. Helena Poleszakowa, po porozumieniu się ze wspomnianym ogrodnikiem, zorganizowała spotkanie dr. Pawłowskiego z żoną. Małżonkowie widzieli się przez druty i mogli ze sobą zamienić parę słów. Było to dla nich wielkie przeżycie.

Początkowo Saturnina Malm objęła swą pomocą kilku więźniów, jednakże od stycznia 1943 r., kiedy to na Majdanek zaczęły napływać transporty z polskimi więźniami politycznymi, liczba jej podopiecznych gwałtownie wzrosła. Uświadomiwszy sobie, że sama nie jest w stanie udzielić pomocy tak wielu potrzebującym, Saturnina nawiązała współpracę z lekarzami, aptekarzami, właścicielami sklepów, a także zwyczajnymi mieszkańcami Lublina. Wśród osób, z którymi ściśle współdziałała, znaleźli się dr Teodor Lipecki, ps. „Tato”, który zaopatrywał więźniów w lekarstwa i sprzęt medyczny pozyskując te rzeczy od innych lekarzy, Elżbieta Lauber-Krzyżewska, ps. „Córcia”, „Szarotka” i Antonina Grygowa, ps. „Ciotka”, właścicielka piekarni. Saturninę Malm nazwano zaś „Mateczką”.

Wymienione osoby organizowały wspólnie nie tylko pomoc materialną dla więźniów w postaci paczek, ale też umożliwiali im spotkania z bliskimi, przyjmując tych ostatnich w swoich mieszkaniach. Warto dodać, że w 1942 r. istniały w Lublinie trzy sprawnie funkcjonujące punkty pomocy, które mieściły się w mieszkaniach przy ul. Długiej 3 – u p. Lauber, przy ul. Orlej 5 – u p. Antoniny Grygowej oraz w mieszkaniu Satruniny i Mikołaja Malmów przy ul. Zamojskiej 12. Wymieniając z nazwiska bliskich współpracowników pani Saturniny nie można pominąć Williego Reinartza, esesmana z Majdanka… Odegrał on bowiem niebagatelną rolę w przekazywaniu grypsów i lekarstw dla więźniów, a nawet osobiście ich konwojował na spotkania z członkami rodziny, które odbywały się też poza obozem. Nasz bohaterka tak wspomina jedno z takich spotkań:

„W lipcu czy w sierpniu [1943 – A.W.] dokładnej daty nie pamiętam, otrzymałam gryps od dr J. Klonowskiego, żeby powiadomić żony: prof. Michałowicza i dr Pawłowskiego o prawdopodobnej wizycie ich mężów w PCK celem uzgodnienia spisu leków i innych spraw związanych ze szpitalem w obozie. Data wizyty podana była w przybliżeniu. Ostateczny termin miał być podany dzień przed wizytą. Nie wiem dlaczego, ale nie wierzyłam w to spotkanie. Mimo to czułam się w obowiązku napisać do obu pań. Przyznam się, że ręka drżała mi przy pisaniu, bo zdawałam sobie sprawę, ile radości i nadziei sprawi mój list, a potem jeżeli wizyta się nie uda, jaki ból i rozczarowanie. […] Obie panie przyjechały do mnie wcześniej i z niecierpliwością czekałyśmy na wiadomość […] nadeszła wiadomość, że to już jutro, napięcie nerwowe doszło do szczytu granic. Panie nocowały u mnie, więc prawie całą noc był temat: jak to będzie? Czy będzie można swobodnie mówić? Czy przywitać? Z samego rana był dyżur przy PCK. […] Nareszcie idą. Pani Pawłowska blada jak trup, wpatrzona jakby niewidzącymi oczyma w tego, którego zabrano jej 4 lata temu, musi panować nad sobą, by nie doskoczyć z powitaniem, gdyż nie wiemy, jak zareaguje Niemiec, który ich prowadził. Ja nie znałam nikogo z tych, co przyszli, więc moja reakcja to radość, że choć na kilka godzin wyszli zza drutów, że odetchną inną atmosferą, innym powietrzem, powietrzem wolności, powietrzem bez gazu i dymu. [..] Z wizytą przyszedł też dr J. Klonowski i J. Bargielski, a przyprowadził ich Willi Reinartz. Weszli do PCK załatwiać formalności, a my w napięciu czekamy, jak będzie i co będzie. Nareszcie podchodzi do nas p. Jurek z PCK i mówi, że Niemiec się zgodził, by zjedli u nas obiad, bo po powrocie do obozu będzie już po obiedzie. W jednym z pokoi szybko postawiono prowizoryczny stół i ławki. Dr Lipecki zawiadomił pp. Chromińskich, którzy już wcześniej zgodzili się na przygotowanie obiadu, a my ppa Krzyżewska, Pawłowska i ja zaczęłyśmy znosić jedzenie z ul Ogrodowej.”

Był to dzień, w którym Saturnina Malmowa po raz pierwszy zobaczyła i osobiście poznała swoich podopiecznych z Majdanka, co było dla niej, ale i dla nich niezapomnianym przeżyciem:

„Był moment, że kiedy weszłam nie pamiętam, który to już raz do tego pokoju, nasi mili goście siedzieli przy stole i wtedy pani profesorowa [Michałowiczowa – A.W.] podchodzi do mnie z wiązanką róż i mówi „Pozwólcie, to jest właśnie Wasza Mateczka, a Moja i Twoja Mieczyku [prof. Mieczysław Michałowicz – A.W.] kuzyneczka, nie obrazisz się, że te kwiaty otrzymane od Ciebie wręczę jej w imieniu Waszym za jej trudy i poświęcenie”. Moja reakcja – normalnie jak u kobiety – od razu oczy na mokrym miejscu. Wizyty te powtarzały się w różnych odstępach czasu. Na jedną z nich przyjechała aż z Dąbrowy Górniczej przez zieloną granicę siostra dr R. Sztaby ps. „Najmłodszy”. Pamiętam moment naszego pierwszego powitania. „jestem Sztaba” – a ja na to, dla mnie ani Sztaba ani Zamek, tylko mój „Najmłodszy”. […] Radości powitań z rodziną nikt nie opisze ani opowie, trzeba widzieć reakcję dwóch twarzy i osób wpatrzonych w siebie po wielu latach niewidzenia. Wizyty trwały po kilka godzin w przyjemnej atmosferze.”

Przytoczone fragmenty wspomnień Saturniny Malmowej dowodzą, jak wiele osób było zaangażowanych w organizowanie spotkań z więźniami i jak wiele trudu w nie wkładano. Wskazują też one na życzliwość wspomnianego już Reinartza –

„On zawsze znalazł chwilkę czasu, by wpaść do mnie i powiadomić o wizycie, a przy okazji przynosił oklejony przylepcem pakiet grypsów. Za swoje zasługi otrzymywał od czasu do czasu spirytus.”

Trudno uwierzyć, że esesman, który pracował w obozie koncentracyjnym, potrafił wykrzesać z siebie i okazać więźniom tyle dobroci. Pośrednikami w kontaktach z więźniami byli ponadto robotnicy cywilni zatrudnieni przy budowie obozu. Akcja pomocy z czasem nabrała wielkiego rozmachu.

„W drugiej połowie 1943 roku akcja pomocy doszła do takich rozmiarów, że gdyby nie grypsy jakie posiadam [od więźniów – A.W.], nigdy bym nie uwierzyła, że miałyśmy tyle odwagi i sił, by temu podołać. Każda chwila była wykorzystywana do maksimum.”

Nasza bohaterka działała na rzecz osadzonych niestrudzenie do momentu ich ewakuacji do innych obozów. Większość z jej podopiecznych została wywieziona jeszcze w kwietniu 1944 r. do obozów leżących najdalej od linii zbliżającego się frontu wschodniego. Kobiety trafiły do KL Ravensbrück i do KL Auschwitz, zaś mężczyźni głównie do KL Gross-Rosen i KL Auschwitz. Z tego też okresu pochodzi najwięcej grypsów wysłanych do Saturniny w podzięce za ofiarną pomoc materialną, moralne wsparcie i wielkie serce. Płynęły do niej zewsząd słowa serdeczne wypływające z głębi duszy. Szczególnie piękne podziękowania otrzymała Saturnina Malmowa od znajdujących się pod jej opieką polskich więźniów – lekarzy z dr. Pawłowskim na czele. Przekazali oni Saturninie list, w którym tytułowali ją „Mateczką” (czynili to zresztą również jej pozostali podopieczni) i wszyscy podpisali się imieniem, nazwiskiem i pseudonimem. List ten jest dowodem wielkiego przywiązania i czułości obcych przecież sobie ludzi, dlatego też warto zacytować jego treść w całości:

„Poświęcenie się i ofiarność wypływa nie tylko z obowiązku, ale przede wszystkim z serca – sercem tylko odwdzięczyć się można. I za to serce i za głęboką troskę o nasze życie i losy składamy Ci Mateczko hołd i dzięki. Wola Polki krzepiła nam ducha – nieznana, niewidziana dobra Mateczko otaczałaś nas czułą opieką. Synkowie Twoi z Majdanka przesyłają Ci tych kilka słów, bo teraz tylko na taki akt hołdu zdobyć się mogą. Ale wiedz droga Opiekunko, iż każde z tych słów to żywe serca Twoich Synków.”

Majdanek 4.4.1944.

…gdy Wolność już świta

[podpisy ponad 20 więźniów – A.W.]

List ten, wielce wymowny i wzruszający, dowodzi tego, jak ważna była dla osadzonych działalność Saturniny Malm. Dawała ona swoim podopiecznym poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo brakowało im w obozie. Uszczęśliwiała też ich najbliższych, darowując im wspólnie spędzone poza obozem chwile. Jak wynika ze wspomnień Saturniny Malm, było to dla niej bardzo ważne i motywowało ją do dalszej pracy.

Nie dziwi zatem fakt, że gdy po wywiezieniu większości więźniów otrzymała ona wiadomość o możliwości nawiązania kontaktu z Auschwitz, to natychmiast wyjechała do Krakowa. Przedsięwzięcie to zakończyło się jednak fiaskiem, ponieważ wkrótce po tym rozpoczęła się także ewakuacja KL Auschwitz. Postępujący na zachód front odciął Saturninie drogę powrotną do domu. Udało się jej dotrzeć do jedynie do Warszawy. Tu nasza bohaterka przeżyła jeszcze powstanie. Do Lublina powróciła dopiero w marcu 1945 r.

Saturnina Malmowa nie ograniczyła się jednak „tylko” do organizowania pomocy dla więźniów Majdanka. W tym samym czasie, w którym przygotowywała paczki, przemycała grypsy, organizowała spotkania rodzin z więźniami, jej myśli krążyły wokół czegoś, a raczej kogoś jeszcze.

W drugiej połowie 1943 r., gdy przed wieczorem Saturnina szła na ul. Pawią w celu wymiany grypsów, napotkała po drodze kolumnę Żydów prowadzonych w kierunku Majdanka. Mając przy sobie grypsy przeznaczone dla więźniów Majdanka, postanowiła się jak najszybciej oddalić od niebezpiecznego pochodu. W pewnej chwili poczuła, że ktoś chwyta ją za łokieć. Ostrożnie obejrzawszy się ujrzała dziewczynkę w wieku ok. 14 lat. Była to Żydówka, która odłączyła się jakimś cudem od grupy. Błagała Saturninę, by ta się nią zaopiekowała. Działając pod wpływem impulsu, kobieta zabrała ją do domu. Tu wspólnie z mężem Mikołajem podjęli decyzję o pozostawieniu nieznajomej pod własnym dachem. Tym sposobem Saturninie Malmowej przybyła nowa podopieczna. Okazało się, że nazywa się ona Sara Roth i pochodzi z Kocka. Jej rodzice i inni krewni zostali zamordowani przez Niemców. Dziewczynka nie miała typowego semickiego wyglądu, ale wystarczyło posłuchać, jak mówi i natychmiast stawało się oczywiste, kim jest. Ukrywanie jej w mieszkaniu w kamienicy było więc bardzo ryzykowne dla całej rodziny Malmów. Podjęli jednak to ryzyko: „.. będzie, co ma być” – skwitował Mikołaj Malm. Sara musiała spać w wannie, a w dzień przebywała na małym stryszku nad mieszkaniem, gdzie mogła siedzieć przy oknie i czytać książki. Nocami Saturnina schodziła z nią na tyły zabudowań, by mała nabrała trochę świeżego powietrza i miała odrobinę ruchu. Z czasem dziewczyna zaczęła dobrze mówić i pisać po polsku. Saturnina Malm uznała, że to najwyższy czas, by wystarać się o dokumenty dla Sary. Dzięki pomocy przełożonej Zakładu dla Sierot przy ul. Sierocej 11 w Lublinie, otrzymała metrykę zmarłej tam dziewczynki na nazwisko Naremska Jadwiga. Od tej pory wychodząc z domu, częściej zabierała ze sobą Jadwigę. Nowa tożsamość dziewczyny pozwoliła jej bezpiecznie dotrwać do końca wojny. Jesienią 1945 r. Sara Roth vel Jadwiga Naremska wyjechała z Lublina do Włocławka, do siostry Saturniny. Stąd jeździła do Centralnego Komitetu Żydowskiego w Łodzi w celu nawiązania kontaktu z rodziną we Francji. Wiosną 1946 r. wyjechała do wuja do Paryża. W liście z 27 listopada 1946 r. wysłanym do Malmów z Paryża Sara-Jadwiga przedstawiła im swoje plany na najbliższą przyszłość, ale i stan ducha. Pisze w nim:

„Nie chcę długo pozostać w Paryżu, bo życie jest tu bardzo drogie. Chciałabym już dotrzeć do celu, aby ułożyć swoje życie, abym wiedziała do czego mam dążyć i jaki jest cel mego życia. Chwilowo żyję na wulkanie, bez domu i rodziny, jednego się tylko nie boję, mianowicie bata i śmierci z rąk hitlerowskich. Tak Mateczko! Ja jedna z całej mojej rodziny dożyłam tej chwili, kiedy mogę znowu być człowiekiem, ale Kochanie, moralnie jestem tak zmęczona i dobita, że to nie daje mi żadnej radości. Trzeba żyć i musi się żyć tak, jak inni.”

W tym czasie Sara oczekiwała na wydanie dokumentów umożliwiających jej wyjazd do Ameryki Południowej. Po niespełna roku spędzonym w stolicy Francji opuściła Europę i wyjechała do Argentyny. Zamieszkała w Buenos Aires, skąd już jako Sara Feinberg (nazwisko męża) pisała listy do swoich opiekunów. Saturninę Malmową nadal nazywała w nich czule „Kochaną Mamusią”, jej synów – swoimi braciszkami, sama zaś podpisywała się „kochająca córka Jadwiga”.

Kolekcja ponad 100 grypsów wysłanych przez więźniów Majdanka, wspomnień oraz kilku listów od Sary trafiła do zbiorów archiwalnych Muzeum w 1969 r. Przekazała je sama Saturnina wraz z wykazem nazwisk i informacjami o osobach, które znajdowały się pod jej opieką. Materiały te są świadectwem bohaterstwa i niezłomności charakteru tej zwyczajnej, aczkolwiek niezwykłej kobiety. Muzeum dysponuje ponadto nagraniem z relacją Saturniny Malm dotyczącą jej działalności w okresie okupacji. Słuchając tej relacji wypowiedzianej zdecydowanym głosem, z doskonale zapamiętanymi szczegółami, nazwiskami i różnymi mniej i bardziej ważnymi detalami, łatwiej możemy wyobrazić sobie, jaką osobą była nasza bohaterka. Można śmiało rzec, że egzamin z człowieczeństwa Saturnina Malmowa zdała celująco, choć przecież nie ocena była jej celem, lecz drugi człowiek.

Wielka szkoda zatem, że żadna z ulic Lublina nie została nazwana imieniem Saturniny Malmowej, bo ta niezwykle szlachetna postać na stałe związała się z naszym miastem. Tutaj mieszkała przez większość swojego dorosłego życia i tutaj zmarła. Spoczywa na cmentarzu przy ul. Lipowej. W świetle przedstawionych powyżej faktów nie ma zatem jakichkolwiek wątpliwości, że byłaby doskonałą patronką dla jednej z ulic Lublina, z której mieszkańcy miasta mogliby być dumni.

http://www.majdanek.eu/media/photos/images/d/s/c/d/9/dscd9af8db.jpg Anna Wójcik - kierownik Działu Archiwum Państwowego Muzeum na Majdanku

Po pełnym powiększeniu użyj klawiszy strzałek, aby zmienić obraz oraz klawisza ESC, aby zamknąć powiększenie

  • Powiększ obraz: Saturnina Malmowa
  • Powiększ obraz: List z podziękowaniem za pomoc od więźniów Majdanka napisany przez nich przed wyjazdem do KL Auschwitz w kwietniu 1944 r.
  • Powiększ obraz: List od Heleny Pawłowskiej do Saturniny Malmowej wysłany przed przyjazdem Heleny do Lublina, cz. 1
  • Powiększ obraz: List od Heleny Pawłowskiej do Saturniny Malmowej wysłany przed przyjazdem Heleny do Lublina, cz. 2
  • Powiększ obraz: List do S. Malmowej napisany przez prof. Mieczysława Michałowicza w czerwcu 1945 r., cz. 1
  • Powiększ obraz: List do S. Malmowej napisany przez prof. Mieczysława Michałowicza w czerwcu 1945 r., cz. 2
  • Powiększ obraz: Telegram wysłany do Saturniny Malmowej przez byłych więźniów Majdanka
  • Pokaż powiększenie powyżej: Saturnina Malmowa
  • Pokaż powiększenie powyżej: List z podziękowaniem za pomoc od więźniów Majdanka napisany przez nich przed wyjazdem do KL Auschwitz w kwietniu 1944 r.
  • Pokaż powiększenie powyżej: List od Heleny Pawłowskiej do Saturniny Malmowej wysłany przed przyjazdem Heleny do Lublina, cz. 1
  • Pokaż powiększenie powyżej: List od Heleny Pawłowskiej do Saturniny Malmowej wysłany przed przyjazdem Heleny do Lublina, cz. 2
  • Pokaż powiększenie powyżej: List do S. Malmowej napisany przez prof. Mieczysława Michałowicza w czerwcu 1945 r., cz. 1
  • Pokaż powiększenie powyżej: List do S. Malmowej napisany przez prof. Mieczysława Michałowicza w czerwcu 1945 r., cz. 2
  • Pokaż powiększenie powyżej: Telegram wysłany do Saturniny Malmowej przez byłych więźniów Majdanka

Społeczności

polski

english