Po osadzeniu za drutami obozu koncentracyjnego na Majdanku potajemnie prowadziła dziennik. Moment transportu i uwięzienia opisywała następująco:
Jesteśmy w obozie w Lublinie. Wątpię, czy w ogóle potrafię opisać, jak straszna była to droga. 24 godz. jazdy (normalnie jedzie do Lublina 5 godz.) w bydlęcym wagonie. Noc spędziłyśmy, siedząc w kucki na mokrej podłodze i marząc choćby o źdźble słomy, którą by można zatkać szerokie szpary w podłodze. (…) W pierwszej chwili, gdy tylko otwarły się drzwi, oczy przyzwyczajone przez 24 godz. do ciemności, nie mogły się patrzeć na przerażająco biały śnieg. (…) Kiedy ustawili nas już wszystkich, dali znak i ruszyliśmy naprzód. Zmarznięci do szpiku kości, poruszaliśmy się jak manekiny. (…) Zapadał już szary zmrok, na niebie pokazywał się jaskrawy księżyc, kiedy wreszcie doszłyśmy do baraków obramowanych gęsto drutami kolczastymi, na których migotały światła obozowe. Stanęłyśmy, słychać było jeszcze [przez] chwilę chrzęst kroków po śniegu w ostatnich szeregach, a po chwili wszystko umilkło. Rewizja. Dokonywały jej zakapturzone, energiczne, o zdrowych kolorach Niemki. Czego u licha szukają u ludzi przywiezionych z Pawiaka? Nareszcie koniec, wprowadzają nas do baraku.