Dzień więźnia KL Lublin rozpoczynał się bardzo wcześnie. Zazwyczaj jeszcze przed świtem rozlegało się wezwanie do pobudki. Ubierano się szybko, w pośpiechu porządkowano posłania i spożywano namiastkę śniadania w postaci czarnej, niesłodzonej kawy zbożowej, ewentualnie naparu z ziół czy wodnistej zupy, zaprawionej mąką razową. Następnie odbywał się rutynowy apel, na którym sprawdzano stan liczbowy więźniów. Obecność wszystkich osadzonych – zarówno żywych, jak i tych zmarłych w nocy – była obowiązkowa, dlatego martwe ciała również trzeba było wynieść na plac apelowy. Jeśli całościowa liczba się zgadzała, następowało formowanie komand roboczych i wymarsz do pracy, która, z krótką przerwą na spożycie obiadu w postaci kolejnej zupy, trwała aż do zmroku. Dzień kończył się wieczornym apelem. Ten był zazwyczaj znacznie dłuższy od porannego, ponieważ oprócz drobiazgowego sprawdzenia stanów osobowych, wymierzano regulaminowe kary, z których najczęstszą była chłosta na specjalnie skonstruowanym koźle. Potem następowała kolacja i, o ile nie zarządzono inaczej, czas wolny. Życie na polach więźniarskich zamierało wraz z przepisową ciszą nocną. Opuszczanie baraków było wtedy surowo zabronione, a do nieprzestrzegających tego zakazu wartownicy strzelali bez ostrzeżenia.